Rozdzielczość to nie wszystko
środa, Maj 16th, 2012
GRZEGORZ LASZCZYK
W swojej praktyce projektanta zauważyłem, że bardzo wiele nieporozumień na linii klient–grafik wynika z braku wiedzy na temat podstawowych parametrów obrazu. Trudno w to uwierzyć zważywszy, że żyjemy w kulturze obrazu i do tworzenia zdygitalizowanego świata mamy sporą liczbę łatwo dostępnych narzędzi, takich jak skaner, aparat fotograficzny, kamera, telefon komórkowy, czy też tablet graficzny. Czytaj dalej “Rozdzielczość to nie wszystko” »


W przeciwieństwie do lakierowania maszynowego, procesy foliowania i lakierowania
Zlecając publikację do druku, Klienci nie mają zazwyczaj problemu z określeniem swoich potrzeb w obszarze kolorystyki, terminu realizacji i ceny. Wiadomo, druk ma być kolorowy, termin krótki a cena niska. Drogą kolejnych przybliżeń i kilku pytań uzupełniających, ustalamy w miarę szybko parametry techniczne publikacji i dogadujemy cenę, będącą wypadkową sennych marzeń i twardych realiów.
Lektura kolejnych rozdziałów Elementarza* sprowadziła mnie na kolana i w tej pozycji pozostawiwszy, zawlekła skruszonego, przed kratki typograficznego konfesjonału. Mimo dość dziwacznego położenia, w jakim się znalazłem, sytuacja i tak nie jest najgorsza. Równie dobrze mogłem zamiast przed, trafić za kratki, bowiem w świetle nauk Bringhursta, ogrom win moich wydaje się być niezmierzony.
Miałem kiedyś przyjaciela. Zwał się Ludwik. Kiedy go poznałem, zbliżał się do sześćdziesiątki. Ja stawiałem pierwsze kroki w składzie komputerowym, on ostatnie w składzie gorącym. Był linotypistą w zakładach prasowych, a ja po drugiej stronie ulicy założyłem właśnie, jeden z pierwszych w okolicy fotoskładów.
Z powyższego tytułu można wnioskować, iż Chochlik zmienił profesję i z drukarza przekształcił się w biuro pośrednictwa pracy. Rzecz nie wydaje się pozbawiona logiki, zważywszy obecne tendencje do cięcia kosztów w firmach poligraficznych i postępujące rozprzestrzenianie się freelanserki, jako sposobu na przetrwanie w obszarze projektowania i składu publikacji. Trzymajmy się więc przez chwilę tego scenariusza.








Pomiędzy arkuszem wydawniczym a arkuszem drukarskim, do którego musi być sprowadzona każda pozycja drukowana, istnieje pewien związek. Wprawdzie kryterium decydującym o ilości znaków na jednej stronie książki jest zazwyczaj czytelność tekstu, dobrana odpowiednio do rodzaju publikacji i typu czytelnika, ale w praktyce bywa różnie. Raz tekst trzeba upychać na maksa, a raz na maksa go napompować. 





















