Typo­gra­fia – kró­lowa poligrafii

„Książka nie jest już jedyną posta­cią słowa dru­ko­wa­nego. Znaczną część istot­nych tre­ści publi­kuje się dzi­siaj w for­mie gazet, cza­so­pism, reklam […]
Pro­duk­cja kro­jów pisma, wymy­śla­nie nowych czcio­nek docho­dzi do absurdu. 
Można dostrzec całą masę małych i malut­kich kie­run­ków, z któ­rych każdy błą­dzi na swój sposób”



Dzie­le­nie tortu

Przy­wo­łane w lidzie  słowa nie byłyby niczym odkryw­czym, gdyby nie fakt, iż zostały wypo­wie­dziane pra­wie  sto lat temu przez ówcze­snego guru nowej typo­gra­fii Jana Tschi­cholda*.  Jed­nak nawet dziad­kowi Tschi­chol­dowi nie śniło się, do jak wiel­kiego zachwia­nia pozy­cji książki przy­czyni się Inter­net i wyna­la­zek e-booków.

Tak więc od lat  wiesz­czy się koniec książki papie­ro­wej i typo­gra­fii sto­so­wa­nej,  para­dok­sal­nie jed­nak pracy dru­kar­niom i  kom­pu­te­ro­wym skła­da­czom nadal nie bra­kuje. Zdaje się tu dzia­łać covey­ow­ska zasada obfi­to­ści, która utrzy­muje w dobrej for­mie teatr mimo zagro­że­nia ze strony kina, kino mimo zagro­że­nia ze strony tele­wi­zji i tele­wi­zję mimo zagro­że­nia ze strony Inter­netu. Mówiąc kolo­kwial­nie, tortu do podziału zawsze star­czy dla każ­dego i jesz­cze zosta­nie na potem.

Ponadto, dzięki zdo­by­czom demo­kra­cji i tech­no­lo­gii, wydać książkę może dzi­siaj każdy, kto ma wystar­cza­jącą ilość środ­ków wła­snych lub wie, jak się zakrę­cić wokół środ­ków roz­dzie­la­nych tu i ówdzie na tzw. kul­turę. Praw­dzi­wym pro­ble­mem jest natomiast…

… zmierzch arystokracji

Anglia ma swoją kró­lową ale, jak powszech­nie wia­domo, jej wła­dza spro­wa­dza się do tuszo­wa­nia skan­dali rodzin­nych z kró­lew­skimi wnu­kami w roli głów­nej. Kró­lową sportu jest lek­ko­atle­tyka, ale dopiero na meczu piłki noż­nej por­cja adre­na­liny jest odpo­wied­nia  dla  wraż­li­wo­ści  współ­cze­snego kibi­co­bola**. Po roz­pa­dzie „Beatle­sów”, śmierci Pre­sleya, a ostat­nio Jack­sona w muzyce roc­ko­wej wciąż panuje bez­kró­le­wie. Także w wyro­bach poli­gra­ficz­nych ary­sto­kra­cja spsiała. Książka ustę­puje miej­sca instruk­cji obsługi lub manu­alowi, a popraw­ność typo­gra­ficzna składu nie ma zna­cze­nia wobec prze­kazu pod­pro­go­wego jaki nie­sie nowo­cze­sny art design.

Bywa, że wydawcą zostaje się z dnia na dzień, a za redak­cję tech­niczną wystar­czyć musi naprze­mienne sto­so­wa­nie sekwen­cji kla­wi­szy Ctr-B i Ctr-K.  Podob­nie jak ary­sto­kra­cja, słowo adiu­sta­cja brzmi obco­kla­sowo, a dobrze opi­sany skrypt to marze­nie ścię­tej na sza­fo­cie codzien­no­ści głowy detepowca.

Z pew­no­ścią pro­fe­sjo­nalne wydaw­nic­twa z tra­dy­cjami, kło­po­tów takich nie mają, ale zada­niem cho­chli­ko­wych bajań jest dotar­cie pod strze­chy, gdzie pro­blem zaczyna się już na eta­pie pla­no­wa­nia kształtu publi­ka­cji książ­ko­wej, jej redak­cji tech­nicz­nej, a także kal­ku­la­cji kosz­tów i zasad współ­pracy z drukarnią.

O tych więc spra­wach będziemy opo­wia­dać przez kilka naj­bliż­szych odcin­ków, a tar­get naszego prze­kazu posze­rza się o osoby, które pew­nego ponie­dział­ko­wego poranka,    zastają na biurku upa­ko­waną obfi­cie teczkę kar­to­nową, oraz żółtą kar­teczkę od Sze­fo­wej, przy­kle­joną do moni­tora: „pro­szę zna­leźć tanią ale dobrą dru­kar­nię,  i pil­nie przy­go­to­wać to do druku”.

Zapy­ta­nie kalkulacyjne

— Zaczyna się nie­źle – myślimy sobie, sior­biąc w zadu­mie pierw­sze kro­ple poran­nej yerby. Prze­glą­damy pobież­nie zawar­tość teczki. „Dzieła zebrane Cho­chlika Dru­kar­skiego” –  stoi na pierw­szej stro­nie. Trzy­sta parę kar­tek z tek­stem wypusz­czo­nym z Worda  i płyta CD, pewno z wer­sją elektroniczną.

—  „Zna­leźć tanią, ale dobrą  dru­kar­nię,”,  to chyba naj­prost­sze z tego wszyst­kiego – kon­sta­tu­jemy po dru­gim zala­niu yerby i bez waha­nia wykrę­camy numer do cho­chli­ko­wej dru­karni, gdzie jak wia­domo sto­su­nek ceny do jako­ści jest zaska­ku­jąco CUD-owny***.

— Chciał­bym wydru­ko­wać książkę, ale ma być tanio i dobrze – zaczy­namy z gru­bej rury.

— Świet­nie Pan tra­fił – odpo­wiada Gra­żynka,  nasza spe­cja­listka w kal­ku­lo­wa­niu tanich i dobrych ksią­żek. Pro­szę o szczegóły…

— No więc, … jakieś 300 stron w Wor­dzie i tro­chę zdjęć….

— Do kal­ku­la­cji potrzebne mi są nastę­pu­jące dane: pla­no­wana ilość stron, for­mat doce­lowy po obcię­ciu, rodzaj papieru, typ oprawy, kolo­ry­styka oraz nakład – uśmie­cha się przez tele­fon, zawsze uśmiech­nięta Grażynka.

— No, to ja zadzwo­nię jutro, bo muszę to wszystko podliczyć…

Jaka gruba będzie ta książka

Język typo­gra­fii to swego rodzaju żar­gon wyma­ga­jący pew­nego wta­jem­ni­cze­nia.  Przed­smak pro­blemu daje nam otwar­cie w Indyku okna „preferencje/jednostki miary i skoki”. W menu roz­wi­ja­nym poja­wia się lista, a w niej: Punkty, pica, cale, cale dzie­siętne, mili­me­try, cen­ty­me­try, cycera, agaty, pik­sele, wła­sne.  Podob­nie enig­ma­tycz­nie mogłaby się roz­po­cząć  lista typo­wych błę­dów składu: wdowy, bękarty, szewce, rynny… Suk­ce­syw­nie spró­bu­jemy nad tym zapanować.

Dziś zaczniemy od jed­nostki obli­cze­nio­wej pozwa­la­ją­cej zwy­mia­ro­wać dzieło lite­rac­kie, które wła­śnie nam prze­ka­zano do opra­co­wa­nia. Musimy się prze­cież wywią­zać z obiet­nicy zło­żo­nej tele­fo­nicz­nie i  zadzwo­nić do CUD-ownej Gra­żynki z kon­kret­nymi danymi.

Arkusz wydaw­ni­czy

Swoją zawo­dową  przy­godę z typo­gra­fią zaczy­na­łem od prze­pi­sy­wa­nia prac dyplo­mo­wych na maszy­nie do pisa­nia. Ponie­waż rów­no­le­gle dłu­ba­łem już coś dla wydaw­nictw pod­ziem­nych posłu­gi­wa­łem się ter­mi­nem  „znor­ma­li­zo­wany maszynopis”. 

Skła­dał się on ze strony for­matu A4 zawie­ra­ją­cej trzy­dzie­ści lini­jek tek­stu po 60 zna­ków w każ­dym wier­szu, co razem wyno­siło 1800 zna­ków. Dwa­dzie­ścia dwie kartki tako­wego maszy­no­pisu dawało z grub­sza 40.000 zna­ków i sta­no­wiło pod­sta­wową jed­nostkę obli­cze­niową zwaną arku­szem wydawniczym.

Od tego mi pła­cono w wydaw­nic­twach, nato­miast w żad­nej mie­rze nie mogłem tej jed­nostki  sto­so­wać w odnie­sie­niu do prac dyplo­mo­wych. Zarówno bowiem Klien­towi jak i mnie zale­żało aby praca miała jak naj­wię­cej stron, a nie jak naj­wię­cej zna­ków. Przy­szły magi­ster pła­cił bowiem od strony, gdyż klu­czem do suk­cesu jego magi­sterki była odpo­wied­nio gruba i dobrze opra­wiona praca. Zawar­tość miała dru­go­rzędne znaczenie.

Pewne aspekty tej histo­ryjki do dziś nie utra­ciły na swej aktu­al­no­ści, lecz poję­cie znor­ma­li­zo­wa­nego maszy­no­pisu znik­nęło chyba osta­tecz­nie wraz z wypar­ciem maszyn do pisa­nia przez kom­pu­tery. Na jed­nej stro­nie Worda spo­koj­nie mie­ści się nawet 5000 zna­ków,  wszystko jest płynne i zależy od usta­wie­nia para­me­trów aka­pitu i doboru odpo­wied­niego kroju pisma.

Nie­zmienne pozo­stało nato­miast nadal poję­cie arku­sza wydaw­ni­czego, które mimo licz­nych burz dzie­jo­wych i zmian para­dyg­ma­tów, nadal wynosi dla tek­stu zwy­kłego 40.000 zna­ków wli­cza­jąc w to spa­cje i znaki inter­punk­cyjne,  dla poezji 700 wer­sów, a dla mate­ria­łów iko­no­gra­ficz­nych 3000 cm2. 

Mając tę wie­dzę łatwiej nam przyj­dzie obli­cze­nie, ile stron będzie miała nasza książka, ale żeby zado­wo­lić w pełni Gra­żynkę z kal­ku­la­cji, trzeba znacz­nie, znacz­nie wię­cej.  Do sprawy wró­cimy więc za tydzień.

 

Z cho­chli­ko­wym pozdrowieniem

Andrzej Gołąb

Rysunki: Bro­ni­sław Józefiok


* Jan Tschi­chold – Nowa Typo­gra­fia. Ber­lin 1928. Fak­sy­mile naj­waż­niej­szej książki o typo­gra­fii wyda­nej w XX wieku. Wydaw­nic­two RECTO VERSO, Łódź, 2011
** Kibi­co­bol – neo­lo­gizm wła­snego pomy­słu,  powstały wsku­tek trud­no­ści w  roz­róż­nie­niu kibica od kibola
*** CUD – Zna­mienny skrót od nazwy dru­karni, w któ­rej pra­cuje Cho­chlik: „Cen­trum Usług Drukarskich”.

Powe­red by Face­book Like

Tagi: , , ,

6 Komentarzy do “Typo­gra­fia – kró­lowa poligrafii”

  1. Tomasz Pisze:

    genialny pomysł, świetne i rze­tel­nie opi­sane. z nie­cier­pli­wo­ścia cze­kam na ciąg dal­szy i – oczy­wi­ście – pole­cam każ­demu w branży.

  2. Tomasz Pisze:

    Drogi Cho­chliku, dla­czego przy moich „laj­kach” do Two­ich tek­stów na FB poja­wia się logo Helion – wydaw­nic­twa które dla mnie jest syno­ni­mem tan­dety w naszej branży? I nijak nie mogę tego zmie­nić…
    Myślę że to coś z word­pres­sem… Da się to popra­wić jakoś?

  3. andrzej Pisze:

    @Tomasz – prze­ka­zuję temat infor­ma­ty­kowi – widać cho­chliki są wszędzie….:)

  4. andrzej Pisze:

    Wiel­kie dzięki za cie­płe słowa..:)

  5. Karol Pisze:

    Ej, hola hola, znor­ma­li­zo­wany maszy­no­pis wciąż ist­nieje (a raczej: tym bar­dziej ist­nieje!) jako jed­nostka roz­li­cze­niowa dla korekty i redak­cji. Jak ina­czej, (z powodu wła­śnie Worda, róznych czcio­nek, sty­lów i mar­gi­ne­sów), obli­czyć ile ma zapła­cić klient? Korek­to­rzy mają stawki usta­lane w cen­ni­kach „za stronę”, ale ozna­cza to wła­śnie „za 1800 zna­ków”. Ta, histo­ryczna wszakze, jed­nostka roz­li­cze­niowa ma zasto­so­wa­nie zarówno przy redak­cji tek­stu jak i póź­niej­szej korek­cie zecerskiej.

    Cie­ka­wostka dla Two­ich czy­tel­ni­ków: korektor-profesjonalista musi sczy­tać tekst śred­nio 20 razy aby ukoń­czyć zle­ce­nie. (np. 1-wsze czy­ta­nie: orto­gra­fia, dru­gie czy­ta­nie: inter­punk­cja, 3-cie czy­ta­nie: flek­sja itd itd aż do korekty zecer­skiej na goto­wym pliku do druku). Z tak przy­go­to­wa­nym mate­ria­łem musimy zna­leźć jesz­cze (baga­tela) „kom­pa­ty­bil­nego” gra­fika, tzn. takiego który zna przy­naj­mniej pod­sta­wowe znaki korektorskie.

    Pozdra­wiam!

  6. Chochlik Pisze:

    Dzięki Karolu za te infor­ma­cje. Może zechcesz się sze­rzej podzie­lić z nami swoim doświad­cze­niem i wie­dzą o pracy korekty.
    Łamy Cho­chlika stoją dla Cie­bie otwo­rem…:) Nie­ba­wem rusza Cho­chli­kowa Loża Eks­per­tów…
    Pozdra­wiam serdecznie

dodaj komentarz