Trak­tat o szarości

Mia­łem kie­dyś przy­ja­ciela. Zwał się Ludwik. Kiedy go pozna­łem, zbli­żał się do sześć­dzie­siątki. Ja sta­wia­łem pierw­sze kroki w skła­dzie kom­pu­te­ro­wym, on ostat­nie w skła­dzie gorą­cym. Był lino­ty­pi­stą w zakła­dach pra­so­wych, a ja po dru­giej stro­nie ulicy zało­ży­łem wła­śnie, jeden z pierw­szych w oko­licy fotoskładów.

Ludwik pra­co­wał wyłącz­nie na nocki. Cza­sem go odwie­dza­łem. Sia­da­łem gdzieś w kącie i przez szare smugi dymu tyto­nio­wego przy­glą­da­łem się, jak cza­ruje na tej swo­jej dzi­wacz­nej kla­wia­tu­rze, oto­czony wia­nusz­kiem redak­to­rów tech­nicz­nych. Z nie­od­łącz­nym spor­tem*, tlą­cym się w kąciku ust i szkla­neczką cze­goś na odtrutkę – wia­domo ołów – try­skał wigo­rem i nie­wy­bred­nym, ślą­skim dowcipem.

Był nie­kwe­stio­no­wa­nym kró­lem gorą­cego składu. Nawa­lić mogło wszystko i wszy­scy, Ludwik, bez względu na to, pod jaką datą przy­cho­dził do pracy, nie nawa­lał nigdy.

Któ­rejś nocy, numer zamknięto wyjąt­kowo spraw­nie, a nam zbyt szybko zabra­kło paliwa do pod­trzy­my­wa­nia filo­zo­ficz­nych dys­put. W obli­czu sza­rze­ją­cego świtu ogar­nął nas ten słynny nie­do­syt, sty­mu­lu­jący umy­sły do naj­bar­dziej despe­rac­kich pomysłów.

— Idymy do mnie – zadys­po­no­wał Ludwik. – Rozalka postawi nom halba.

Nie pro­te­sto­wa­łem. Z cen­trum Kato­wic na Zawo­dzie było rap­tem pół godziny szyb­kiego, zdo­pin­go­wa­nego  per­spek­tywą rychłego oba­le­nia kolej­nej bute­leczki, mar­szu. Wszy­scy w dru­karni wie­dzieli, że żona Ludwika, to równa babka i w sytu­acjach gar­dło­wych zawsze przy­cho­dziła z pomocą. Nie ina­czej było i tym razem.

W poło­wie dru­giej halbki, Ludwik kiw­nął na mnie.

— Puć, pokoża Ci coś.

W izdebce obok kuchni, stał pry­mi­tywny warsz­tat tkacki, na któ­rym roz­pięty był spo­rej wiel­ko­ści kilim czy też dywan, z utka­nym do poroża, szaro-zielonym jeleniem.

— To robi moja Rozalka. Nawet w „Cepe­lii” jej to bie­rom. Piekne, nie?

Przy­tak­ną­łem ciężką od gorzałki głową i machi­nal­nie prze­cią­gną­łem dło­nią po powierzchni dywanu. Szorstka, szara fak­tura przy­po­mi­nała struk­turę oło­wia­nych łamów, utka­nych w typo­gra­ficz­nej maszy­nie Ludwika, któ­rych treść pró­bo­wa­łem cza­sami odczy­ty­wać, śle­pymi opusz­kami palców.

————

Sława Ludwika i Rozalki z Zawo­dzia musi roze­szła się po całym świe­cie i dotarła aż za Wielką Wodę, gdyż sam Robert Brin­ghurst – wybitny ame­ry­kań­ski typo­graf – wspo­mina o tej rela­cji, w dru­gim roz­dziale  „Ele­men­ta­rza stylu w typo­gra­fii”:

Dowolny przy­rząd do skła­da­nia tek­stu, czy to kom­pu­ter, czy wier­szow­nik, działa jak warsz­tat tkacki. A typo­graf, niczym skryba, pra­gnie utkać jak naj­bar­dziej jed­no­lity tekst. Dobrze dobrane formy liter­ni­cze two­rzą żywą, jed­no­litą fak­turę. Bez­tro­sko wsta­wiane odstępy mię­dzy lite­rami, wier­szami i wyra­zami potra­fią spra­wić, że tka­nina się rozjedzie**.

Brin­ghurst wyja­śnia także, czym jest ta magiczna sza­rość, w jakiej tonęła postać Ludwika pochy­lo­nego nad osnową lino­typu, by potem wybrzmieć w mister­nym wątku oło­wia­nych łamów:

To sto­pień zaciem­nie­nia kolumny przez mate­riał liter­ni­czy. Jeżeli speł­nione są wymogi czy­tel­no­ści i porządku logicz­nego, to celem typo­gra­fii jest osią­gnię­cie rów­no­mier­nej sza­ro­ści. Zależy ona od czte­rech rze­czy: kroju pisma, świa­teł mię­dzy lite­rami, odstę­pów mię­dzy wyra­zami i odstę­pów mię­dzy wier­szami. Wszyst­kie one są ze sobą ści­śle powiązane.

Wystar­czy choć tro­chę czuć blu­esa, by sło­wami tymi opi­sać rów­nie traf­nie, tęsk­notę wyją­cego do księ­życa jele­nia, z sza­rego kilimu Rozalki.

Kie­dyś zapy­ta­łem Ludwika, czy nie mierzi go skła­da­nie tych idio­tycz­nych tek­stów, prze­peł­nio­nych obłudną, komu­ni­styczną propagandą.

— Zwa­lać na kogoś to każdy gupi potrafi. A zro­bić coś porzond­nie, mało komu się chce. Jo robia to co umia. A, że oni tam gupoty piszą, to mi to wisi. Zapa­mien­tej sobie stu­dent, że waż­niej­sze jest to co się nie wydru­kuje, od tego co się wydru­kuje.

— Nie rozumiem.

— Poży­jesz, zro­zu­miesz. A teraz lepiej polej po jednym…

————

Tę uni­wer­salną mak­symę Ludwika, Brin­ghurst roz­pi­sał w swoim „Ele­men­ta­rzu” na dzie­sięć pro­stych przy­ka­zań, obie­cu­jąc w zamian za ich prze­strze­ga­nie, wjazd bez wizy do typo­gra­ficz­nych rajów, gdzie świa­tło okre­śla prze­strzeń znacz­nie peł­niej niż twarda mate­ria czcionki.

Przy­ta­czam na koniec ten deka­log , w suchej, nie okra­szo­nej komen­ta­rzem for­mie, aby ani cesa­rzowi nie zabie­rać to, co cesar­skie, ani bogu to, co boskie:

  1. Dobie­raj odstępy mię­dzy­wy­ra­zowe odpo­wied­nio do stop­nia i natu­ral­nego świa­tła pisma.
  2. Dobie­raj wygodną sze­ro­kość łamu.
  3. Sto­suj skład cho­rą­giew­kowy, jeżeli odpo­wiada on tek­stowi i ukła­dowi strony.
  4. Mię­dzy zda­niami sto­suj poje­dyn­czy odstęp między- wyrazowy.
  5. W cią­gach zna­ków wsta­wiaj małe odstępy, lub nie wsta­wiaj ich wcale.
  6. Roz­świe­tlaj wszyst­kie ciągi wer­sa­li­ków, kapi­ta­li­ków i dłu­gie ciągi cyfr.
  7. Nie roz­świe­tlaj minu­skuł bez powodu.
  8. Ker­nuj kon­se­kwent­nie i z umia­rem, albo wcale.
  9. Nie zmie­niaj sze­ro­ko­ści, ani kształtu liter bez powodu.
  10. Nie prze­sa­dzaj z odstępami.

Jak przy­stało na poważ­nego demiurga, Brin­ghurst kreuje typo­gra­ficzną rze­czy­wi­stość zarówno w jej hory­zon­tal­nym, jak i wer­ty­kal­nym aspek­cie. Zaanon­so­wa­li­śmy dziś wymiar poziomy. Nad wymia­rem pio­no­wym, a także związ­kiem typo­gra­fii z muzyką pochy­limy się za tydzień. Oby nam tylko świa­tła w źre­ni­cach nie zabrakło.

 

Z cho­chli­ko­wym pozdro­wie­niem
Andrzej Gołąb
fot. (c) Robert Oleś / d2d.pl.
Rysu­nek: Bro­ni­sław Józefiok

————

* „Sporty” – marka tanich papie­ro­sów bez fil­tra, popu­lar­nych w socja­li­stycz­nej Pol­sce.
** Wszyst­kie frag­menty tek­stu zło­żone pogru­bioną kur­sywą, są cyta­tami z dru­giego roz­działu książki:

 

Robert Brin­ghurst,
Ele­men­tarz stylu w typo­gra­fii
Prze­kład: Dorota Dzie­woń­ska
Wydawca: d2d.pl
Kra­ków, 2008

Powe­red by Face­book Like

Tagi:

Jeden komentarz do “Trak­tat o szarości”

  1. Edyta Pisze:

    Cho­chliku – cał­kiem nie­dawno tra­fi­łam na Twój blog. Piszesz cudow­nie o rze­czach, które mnie zawsze fascy­no­wały. Będę tu czę­sto zaglądać :)

dodaj komentarz