Mea culpa

Lek­tura kolej­nych roz­dzia­łów Ele­men­ta­rza* spro­wa­dziła mnie na kolana i w tej pozy­cji pozo­sta­wiw­szy, zawle­kła skru­szo­nego, przed kratki typo­gra­ficz­nego kon­fe­sjo­nału. Mimo dość dzi­wacz­nego poło­że­nia, w jakim się zna­la­złem, sytu­acja i tak nie jest naj­gor­sza.  Rów­nie dobrze mogłem zamiast przed, tra­fić za kratki, bowiem w świe­tle nauk Brin­ghur­sta, ogrom win moich wydaje się być nie­zmie­rzony.   

 

Zza aksa­mit­nej zasłonki maja­czy postać Józefa Knechta. Kto czy­tał „Grę szkla­nych pacior­ków” Her­mana Hes­sego wie, że Knecht to wybitny spe­cja­li­sta od tajem­nych rela­cji dźwię­ków z liczbami.

Czyżby sam Magi­ster Ludi miał mnie wysłu­chać w kwe­stii prze­stępstw, jakie przez całe swoje typo­gra­ficzne życie, popeł­nia­łem na żywym ciele zle­co­nych mi do łama­nia tek­stów? A te rze­sze nie­win­nych owie­czek, w moje ręce powie­rzo­nych, które here­tyc­kimi przy­zwo­le­niami wypro­wa­dza­łem dzień po dniu, na manowce typografii?

— Mea culpa, mea maxima culpa!

————

Mistrz ock­nął się jakby ze snu prze­bu­dzony i szep­tem pouczył:

  1. Typo­graf musi okre­ślić nie tylko roz­miar łamu – wyso­kość kolumny lub stro­nicy – lecz rów­nież pod­sta­wową jed­nostkę ryt­miczną, którą jest interlinia.
  2. Z tego samego powodu, dla któ­rego nie wolno dobro­wol­nie zmie­niać tempa w muzyce, nie możesz w spo­sób przy­pad­kowy, zmie­niać inter­li­nii w tekście.
  3. Nigdy nie wolno pozwa­lać pro­gra­mowi, by auto­ma­tycz­nie i w dowolny spo­sób ści­skał, roz­cią­gał lub roz­świe­tlał pismo w celu zmiesz­cze­nia zada­nego tek­stu. Pro­blemy z justo­wa­niem tek­stu, powinno się roz­wią­zy­wać za pomocą twór­czego pro­jektu, a nie obar­czać nimi czy­tel­nika ani rzu­cać je maszy­nom na pożar­cie niczym perły przed wieprze**.

Przed oczyma prze­bie­gły mi nie­zli­czone sytu­acje, szcze­gól­nie w skła­dzie gazet i cza­so­pism, w któ­rych na porządku dzien­nym było wyrów­ny­wa­nie tek­stu auto­ma­tem, byle by mie­ścił się w okre­ślo­nym z góry pudełku. W efek­cie zda­rzało się, że sąsia­du­jące ze sobą arty­kuły miały ze dwa oczka róż­nicy w inter­li­nii, mimo tej samej wiel­ko­ści pisma i podob­nej wagi mery­to­rycz­nej. Rów­nie sku­tecz­nym spo­so­bem na upa­ko­wa­nie tek­stu, było noto­ryczne zwę­ża­nie lub roz­cią­ga­nie liter.

Co bar­dziej wylu­zo­wani redak­to­rzy tech­niczni, wyczuw­szy z cza­sem, jak wiel­kie moż­li­wo­ści tkwią w skła­dzie kom­pu­te­ro­wym, zanie­chali w ogóle dokład­nego licze­nia makiety, ogra­ni­cza­jąc się do roz­pi­ski, co na któ­rej stro­nie ma się zna­leźć. Nie­do­kład­no­ści rosły, a kom­pu­te­rowy walec wyrów­ny­wał wszystko.

— Mea culpa, mea maxima culpa!

————

Na szczę­ście, znacz­nie lepiej wycho­dzi kon­fron­ta­cja z kolejną por­cją przy­ka­zań zwią­za­nych z zasa­dami prze­no­sze­nia i łama­nia. Za wyjąt­kiem czwar­tego, pozo­stałe wydają się być oczy­wi­sto­ścią, sto­sun­kowo pro­stą do prze­strze­ga­nia, szcze­gól­nie przy uży­ciu współ­cze­snych pro­gra­mów dtp, z InDe­si­gnem na czele:

  1. Zosta­wiaj co naj­mniej dwa znaki przed prze­nie­sie­niem i prze­noś co naj­mniej trzy znaki.
  2. Uni­kaj sytu­acji, w któ­rych koń­cówka prze­no­szo­nego wyrazu lub jaki­kol­wiek wyraz zło­żony z mniej niż czte­rech liter sta­nowi koń­cowy wiersz akapitu.
  3. Sto­suj prze­nie­sie­nia w naj­wy­żej trzech kolej­nych wierszach.
  4. Prze­noś nazwy wła­sne tylko w ostateczności.
  5. Doko­nuj prze­no­sze­nia zgod­nie ze zwy­cza­jami danego języka.
  6. Łącz spa­cjami nie­roz­dzie­la­ją­cymi krót­kie wyra­że­nia nume­ryczne i matematyczne.
  7. Uni­kaj roz­po­czy­na­nia dwóch kolej­nych wier­szy od tego samego wyrazu.
  8. Nigdy nie zaczy­naj stro­nicy od ostat­niego wier­sza poprzed­niego akapitu.
  9. Wyrów­naj kolumny na roz­war­ciu, prze­su­wa­jąc poje­dyn­cze wiersze
  10. Uni­kaj prze­no­sze­nia wyra­zów w miej­scach, w któ­rych cią­głość tek­stu jest zakłócona.

Brin­ghurst, pogro­ziw­szy wprzódy pal­cem, na koniec pusz­cza w naszą stronę swoje cho­chli­kowe oko i jakby mimo­cho­dem dodaje jede­na­stą zasadę:

Odrzu­caj jed­nak te wszyst­kie zasady prze­no­sze­nia i łama­nia, jeśli nie speł­niają wyma­gań tekstu.

Uff – jest świa­tło w tym tunelu!!!

— Mea culpa, mea maxima culpa!

————

W tej atmos­fe­rze otwiera się prze­strzeń umoż­li­wia­jąca powrót do korzeni i poszpe­ra­nia w prze­szło­ści, celem wydo­by­cia przy­czyn typo­gra­ficz­nego anal­fa­be­ty­zmu i lek­ce­wa­że­nia samej istoty liter, o które to przy­pa­dło­ści bez­par­do­nowo oskarża nas Brin­ghurst, odsła­nia­jąc w trze­cim roz­dziale nie­znane taj­niki skła­da­nia cyfr i ligatur.

Pene­truję skru­pu­lat­nie prze­szłość, począw­szy od cza­sów przed­szkol­nych, poprzez wszyst­kie lata edu­ka­cji i w tym swo­istym rachunku sumie­nia poja­wiają się cyfry wyłącz­nie jed­nego rodzaju, bez względu na to czy zeszyt był w linie czy w kratkę.

Kiedy dobre czter­dzie­ści lat temu tra­fiła w moje ręce pierw­sza maszyna do pisa­nia, owszem miała małe i duże litery, ale cyfry tylko jedne – wer­sa­li­kowe. Wszyst­kie następne maszyny: reczne, elek­tryczne i elek­tro­niczne, a także kla­wia­tury kom­pu­te­rów, począw­szy od pierw­szego Atari po dzi­siej­szy Pecet, błąd ten lub raczej nie­do­kład­ność, powielają.

Na wszelki wypa­dek zaglą­dam przez ramię na kla­wia­turę kom­pu­tera Bronka, ale nawet jego wypa­siony Mac nie wnosi do sprawy niczego nowego. Tym­cza­sem Brin­ghurst nie pozo­sta­wia złu­dzeń. Cyfry, podob­nie jak litery, mają dwie formy: minu­skułę i majuskułę.

Typo­gra­fo­wie nazy­wają te pierw­sze cyframi tek­sto­wymi, nautycz­nymi, minu­sku­ło­wymi lub medie­wa­lo­wymi i sta­rają się uży­wać ich wszę­dzie tam gdzie tekst zło­żony jest minu­skułą lub kapi­ta­li­kami. Druga forma nazy­wana jest cyframi wer­sa­li­ko­wymi lub cyframi zwy­kłymi – mają one tę samą wyso­kość co maju­skuła.
[…] Sto­suj cyfry wer­sa­li­kowe z wer­sa­li­kami, a w pozo­sta­łych sytu­acjach cyfry tekstowe.

Wydawca książki chcąc chyba do reszty pognę­bić skru­szo­nego grzesz­nika, dodaje w tym miej­scu infor­ma­cję o roz­po­wszech­nia­niu się trze­ciej formy, cyfr kapi­ta­li­ko­wych, podob­nych w kształ­cie do wer­sa­li­ko­wych, lecz posia­da­jące wyso­kość kapi­ta­li­ków, do sto­so­wa­nie wraz z tek­stem skła­da­nym kapi­ta­li­kami właśnie.

— Mea culpa, mea maxima culpa!

Kto jest bez winy, niech choć sło­wem rzuci, a resz­cie (w tym sobie samemu) zale­cam lek­turę kolej­nych roz­dzia­łów Ele­men­ta­rza – warto.

Z cho­chli­ko­wym pozdrowieniem

Andrzej Gołąb

fot. (c) Robert Oleś / d2d.pl.

Rysu­nek: Bro­ni­sław Józefiok

————

* „Mea culpa”, to trzeci  felie­ton (po „Dam pracę” i „Trak­tat o sza­ro­ści”) powstały w opar­ciu o lek­turę książki  Roberta Brin­ghur­sta, Ele­men­tarz stylu w typo­gra­fii.  Prze­kład: Dorota Dzie­woń­ska. Wydawca: d2d.pl, Kra­ków, 2008
** Wszyst­kie frag­menty tek­stu zło­żone pogru­bioną kur­sywą, są cyta­tami z dru­giego i trze­ciego roz­działu książki wymie­nio­nej w przy­pi­sie powyżej.

 

 

 

 

 

Powe­red by Face­book Like

Tagi:

3 Komentarzy do “Mea culpa”

  1. Wojtek Myszka Pisze:

    Cyfry nautyczne to ina­czej „zepsute cyfry”. I bar­dzo wielu jak zoba­czy je po raz pierw­szy jest strasz­nie tym przestraszona…

  2. Piotr Pisze:

    Lata narzu­co­nego anal­fa­be­ty­zmu zro­biły swoje (ogra­ni­cze­nia sprzętu i softu).

    Cyfry nautyczne wyrów­nują sza­rość łamu. Jeśli kto­kol­wiek łamał tek­sty z dużą ilo­ścią danych sta­ty­stycz­nych i nie był ślepy to się o tym musiał przekonać :)

    Podob­nie jest ze skró­tow­cami łama­nymi wer­sa­li­kami – wybi­jają się jak cho­lera – na to Brin­ghurst rów­nież podaje receptę :)

  3. recepta Pisze:

    to tylko reguły, które warto zła­mać. Bo łama­nie reguł two­rzy nowe reguły 😉

dodaj komentarz