Jak zła­mać żeby się nie załamać

Fal­co­wa­nie to pod­sta­wowy pro­ces intro­li­ga­tor­ski. Jego zada­niem jest dopro­wa­dze­nie wymiaru arku­sza dru­kar­skiego do wymiaru koń­co­wego. W wielu przy­pad­kach zapla­no­wa­nie odpo­wied­nich miejsc zła­my­wa­nia musi się odbyć już na eta­pie pro­jek­to­wa­nia publi­ka­cji. Mając wie­dzę o taj­ni­kach papieru, nabytą z lek­tury poprzed­niego odcinka, przyj­rzymy się dzi­siaj pułap­kom czy­ha­ją­cym na gra­fika przy pro­jek­to­wa­niu ulo­tek falcowanych.

Rosyj­skie matrioszki

Daw­niej za gra­nicę jeź­dziło się wyłącz­nie do demo­lu­dów. Na top liście kró­lo­wały nie­po­dziel­nie Węgry ze swoim Bala­to­nem i Buł­ga­ria ze Zło­tymi Piaskami.

Kto zaś zała­py­wał się na Lenin­grad, oprócz zło­tych pier­ścion­ków prze­my­ca­nych w butach albo i wyżej, elek­trycz­nych samo­wa­rów i paru fla­szek „Sto­licz­nej” wra­cał z obo­wiąz­kową matrioszką, czyli kom­ple­tem drew­nia­nych bab wkła­da­nych jedna w drugą.

Każda baba (oprócz ostat­niej) była prze­cięta i nagwin­to­wana mniej wię­cej na wyso­ko­ści pępka, a wie­lo­krotny efekt baby w babie moż­liwy był dla­tego, iż kolejna baba była ciut mniej­sza od poprzedniej.

Liczba bab w jed­nej matrioszce to pochodna wiel­ko­ści baby głów­nej oraz pre­cy­zji w zmniej­sza­niu bab skła­do­wych. Oso­bi­ście widzia­łem pięć bab w babie, ale podobno rekor­dzi­ści przy­wo­zili baby dwu­na­sto­krotne. Być może to ściema, jak więk­szość ówcze­snych rela­cji, ale tak czy owak sytu­acja jak żywo przy­po­mina fal­co­wa­nie ulotek.

Bez­radne ISO

Naj­prost­szym przy­kła­dem publi­ka­cji fal­co­wa­nej jest fol­der, czyli arkusz papieru zło­żony na pół. W efek­cie otrzy­mu­jemy czte­ro­stro­ni­cową publi­ka­cję. Falc wystę­puje dokład­nie w środku. O efek­cie matrioszki trudno tu mówić.

Tak w tym, jak i we wszyst­kich oma­wia­nych dalej przy­pad­kach, od pro­jek­tanta będzie zale­żeć czy pośle do druku osobne strony, czy też dostar­czy roz­kła­dówki. Ta dowol­ność wpro­wa­dza pewien chaos, gdyż tę samą publi­ka­cję można opi­sać na dwa spo­soby, np. jako dwu­stronną ulotkę A4 łamaną na pół lub jako fol­der czte­ro­stro­ni­cowy for­matu A5.

Jako straż­nika normy ISO w naszej dru­karni, kusi mnie znor­ma­li­zo­wa­nie tej sytu­acji, ale szcze­rze mówiąc każde z roz­wią­zań ma tyle samo wad jak i zalet i pozo­staje przy­wo­łać tu popu­larną u nas mak­symę, wg któ­rej: norma to jedna rzecz a ela­stycz­nym być trzebai nie da się ludz­kich dzia­łań spro­wa­dzić do algo­rytmu. Co prawda to prawda…

Fal­co­wa­nie równoległe

W temat matrio­szek wpro­wa­dza nas publi­ka­cja zwana w zależ­no­ści od zwy­cza­jów ulotką fal­co­waną na trzy lub tryp­ty­kiem. Jest to arkusz z dwoma fal­cami rów­no­le­głymi, łamią­cymi go na trzy nie­równe czę­ści. Nie­rów­ność ta, wyni­ka­jąca z wła­ści­wo­ści papieru omó­wio­nych w poprzed­nim odcinku, jest naj­czę­ściej pomi­ja­nym przez gra­fi­ków fak­tem i główną przy­czyną wyka­zy­wa­nych w tym obsza­rze niezgodności.

Jeżeli fal­co­wa­nie odbywa się po tej samej stro­nie arku­sza, poszcze­gólne skrzy­dełka ulotki wcho­dzą w sie­bie, a część aktu­al­nie zła­my­wana obej­muje czę­ści już zła­mane i musi być od poprzed­niej więk­sza, aby tamta mogła scho­wać się w niej, jak matriosz­kowa baba w babie.

Innymi słowy, przy tak łama­nym tryp­tyku jedno ze skrzy­de­łek (to, które wcho­dzi do środka) musi być mniej­sze od dwóch pozo­sta­łych (zewnętrznych).

W naszej dru­karni takich skrzy­de­łek, na które fal­cuje się arkusz może być mak­sy­mal­nie sześć, i nie mogą być one mniej­sze od 30 mm, ale skoro ktoś skon­stru­ował matrioszkę z dwu­na­stoma babami, to z pew­no­ścią są urzą­dze­nia (np. w Rosji) potra­fiące fal­co­wać więk­szą ilość łamów niż my. Bez względu jed­nak na to, zasada jest zawsze taka sama, z tą tylko róż­nicą, iż w matrioszce zewnętrzna jest jedna baba, a w arku­szu fal­co­wa­nym zewnętrzne są łamy, i to dwa. Zapa­mię­tajmy więc:

przy wie­lo­krot­nym fal­co­wa­niu obej­mu­ją­cym, każde kolejne skrzy­dełko wewnętrzne (łam) winno być mniej­sze od poprzed­niego o 2 mm, a ostat­nie o 1 mm. Skrzy­dełka zewnętrzne winny mieć nato­miast wymiar równy wymia­rowi koń­co­wemu publi­ka­cji.

Pozo­sta­jąc w tym rusty­kal­nym kli­ma­cie sły­szymy już skoczne dźwięki kaza­czoka wygry­wa­nego na har­moszce. Tak więc dwa słowa o fal­co­wa­niu har­mo­nij­ko­wym. Mówi się o nim wtedy, kiedy każdy kolejny falc wyko­ny­wany jest naprze­mien­nie po prze­ciw­nych stro­nach arkusza.

Ponie­waż w takim ukła­dzie żadne ze skrzy­de­łek nie wcho­dzi w inne, wszyst­kie mają jed­na­kową sze­ro­kość.

Na koniec skie­rujmy nasze kroki ku cer­kwi i przyj­rzyjmy się kon­struk­cji ołta­rza z iko­no­sta­tem. Tra­fi­li­śmy wła­śnie na moment, kiedy bro­daty diak poga­sił już lam­pady i za pomocą zło­tego drąga zamyka boczne skrzy­dła ołtarza.

Tak wygląda publi­ka­cja fal­co­wana dwa razy i skła­dana w ołta­rzyk. Dwa boczne skrzy­dełka są na pierw­szy rzut oka mniej­sze o równą połowę od środ­ko­wego. Biedny diak, któ­remu by przy­szło zamy­kać i otwie­rać codzien­nie ołtarz, z bocz­nymi skrzy­dłami o takich wymia­rach. W świą­tyni roz­glą­dać się nie wypada, przyj­rzyj­cie się więc dokład­nie drzwicz­kom w szafce kuchen­nej, aby zro­zu­mieć pro­blem diaka , mocu­ją­cego się z zaklesz­czo­nymi skrzy­dłami ołta­rza. Złoty kij mu nie pomoże, ale nas wspo­może Daria, znana już Wam sze­fowa naszego intro.  Zgod­nie z jej zaleceniem 

w ulot­kach zła­my­wa­nych w ołta­rzyk suma sze­ro­ko­ści skrzy­de­łek bocz­nych winna być mniej­sza od sze­ro­ko­ści złamu głów­nego o 2 mm, a jeżeli życzymy sobie aby taki ołta­rzyk zło­żyć jesz­cze na pół, celem łatwiej­szego trans­portu odej­mijmy jesz­cze po 1 mm z każ­dego skrzydełka.

Diak zamknął ołtarz, a więc na dziś chwatit*.

*Chwa­tit (ros. хватит) – wystarczy

Z cho­chli­ko­wym pozdrowieniem

 
Andrzej Gołąb
www.print4all.pl
www.facebook.com/chochlikdrukarski
Ilu­stra­cje: Bro­ni­sław Józe­fiok, kon­sul­ta­cja: Daria Kłudka
 

Powe­red by Face­book Like

Tagi:

dodaj komentarz