Kalen­da­rze – zasko­cze­nie w poligrafii

Zasko­cze­nie to stan, który per­ma­nent­nie nas zaska­kuje. I to w sytu­acjach wyda­wa­łoby się łatwo prze­wi­dy­wal­nych. Dro­go­wców zaska­kuje zima, matu­rzy­stów maj, podat­ni­ków ter­min odda­nia PIT-u.  W mar­ke­tingu, czę­sto wiel­kim zasko­cze­niem jest nowy rok. Przy­go­to­wa­nie kalen­da­rzy odkłada się bowiem na ostatni kwar­tał, mie­siąc bądź tydzień roku, paku­jąc się tym samym w naj­trud­niej­szy i naj­droż­szy okres w poligrafii.

Są oczy­wi­ście rodzynki w cie­ście, które w sezo­nie uwa­ża­nym za ogór­kowy upo­rały się już z tema­tem. Dla tych roz­trop­nych Klien­tów, wiele rów­nie roz­trop­nych zakła­dów poli­gra­ficz­nych przy­go­to­wało pro­mo­cje i kalen­da­rze dru­ko­wane w lipcu lub sierp­niu są kal­ku­lo­wane znacz­nie przyjaźniej.

Przy­tła­cza­ją­cej resz­cie śpie­szę z paroma cho­chli­ko­wymi radami, aby przy pro­jek­to­wa­niu kalen­da­rzy unik­nąć błę­dów i nie­po­ro­zu­mień, mogą­cych pogłę­bić tę jesienno-zimową traumę. Zacznę jed­nak jak zwy­kle od reflek­sji natury ogólnej.

Dama z łasiczką

W grud­niu każ­dego roku moja bab­cia z namasz­cze­niem zasia­dała przy stole kuchen­nym. Wycią­gała wiel­kie kra­wiec­kie nożyce, któ­rymi nie wolno było ciąć papieru bo się stę­pią. Tego dnia bab­cia jed­nak robiła wyją­tek. Ze świą­tecz­nego numeru gazety wyci­nała kalen­darz na rok następny. Skła­dał się z dwu­na­stu słup­ków wypeł­nio­nych imio­nami wszyst­kich świę­tych pań­skich. Bab­cia brała czer­woną kredkę i kolo­ro­wała święta znie­sione przez komu­ni­styczne wła­dze. Potem za pomocą kleju marki „Klej biu­rowy” przy­twier­dzała kalen­darz do wewnętrz­nej strony drzwi kuchen­nych. Był to ter­mi­narz i pla­ner dla całej naszej rodziny i każdy mógł według niego zarzą­dzać wła­snym życiem.

W sto­ło­wym obok zegara wisiał obraz Leonarda da Vinci – Dama z łasiczką autor­stwa stryjka Kazika. Nama­lo­wany kiep­skimi far­bami na presz­pa­nie, był pre­zen­tem i dowo­dem jed­no­cze­śnie, że pocho­dzimy z zacnej, arty­stycz­nej rodziny. Z bie­giem lat obraz wyblakł i kolory zga­sły. Któ­re­goś dnia da Vinci znik­nął, a w jego miej­sce poja­wił się „zdo­byczny” kalen­darz „Orbisu”, ze slo­ga­nem Wańkowicza-copywritera „Lotem bli­żej”. I tak to się zaczęło.

Ile jest kalen­da­rza w kalendarzu

Zarzą­dza­nie sobą w cza­sie, nie­słusz­nie nazy­wane „zarzą­dza­niem cza­sem”, staje się dziś klu­czem do suk­cesu zarówno w biz­ne­sie jak i w życiu pry­wat­nym. Od wła­ści­wego zapla­no­wa­nia dnia, tygo­dnia, roku, a nawet reszty życia, zależy efek­tyw­ność naszych dzia­łań, sku­tecz­ność reali­za­cji wyzna­czo­nych celów, a tym samym wzrost poczu­cia tzw. dobro­stanu, cokol­wiek pod tym sło­wem rozumiemy.

W tym pro­ce­sie kalen­da­rze winny peł­nić swoją istotną rolę, acz­kol­wiek bywa czę­sto, że nawet odczy­ta­nie bie­żą­cej daty nie należy do pro­stych zadań, kiedy ze ściany spo­gląda na nas zakła­dowa seks­bomba z piłą zębatą w ręku.

Funk­cja infor­ma­cyjna i użyt­kowa kalen­da­rzy ustę­puje coraz czę­ściej funk­cji rekla­mo­wej i mar­ke­tin­go­wej, co samo w sobie nie byłoby jesz­cze czymś naj­gor­szym, gdyby nie zalew tan­dety w ich projektowaniu.

Koszt pro­fe­sjo­nal­nej sesji foto­gra­ficz­nej jest dla wielu firm zbyt wygó­ro­wany, po co zresztą wyda­wać tyle pie­nię­dzy, skoro pani Halinka z per­so­nal­nego ma rów­nie ładną figurę, do zdjęć zapo­zuje za bon do sto­łówki, a pan Janek z BHP kupił sobie wła­śnie w mar­ke­cie nowy kom­pakt z milio­nem pik­seli i w sali szko­leń dmuchną razem sesję jak trzeba. Potem syn pre­zesa obrobi to wszystko w Corelu i kalen­darz będzie cacy.

Moja pierw­sza cho­chli­kowa rada brzmi:

jeśli nie macie odpo­wied­nich fun­du­szy na przy­go­to­wa­nie kalen­da­rza – nie rób­cie go wcale.

Nic tak nie zepsuje wize­runku waszej firmy jak pani Halinka z piłą zębatą, na tle wykre­sów mówią­cych o cią­głym spadku współ­czyn­nika wypad­ko­wo­ści w firmie.

Popro­szę srebrne z dziurką

W cza­sach słusz­nie minio­nych wystar­czały cztery pinezki lub taśma kle­jąca aby pozy­skany w ramach „wyrazu wdzięcz­no­ści” lub „dowodu uzna­nia” kalen­darz plan­szowy przy­twier­dzić na drzwiach pokoju biu­ro­wego lub na sza­fie z aktami. Dziś to za mało, a pro­po­no­wa­nie „wziątki” w postaci kalen­da­rza z gołą panienką budzi jedy­nie gry­mas lekceważenia.

Nie­zbęd­nym ele­men­tem wykoń­cze­nio­wym kalen­da­rza jed­no­plan­szo­wego są listwy. Umiesz­czone na gór­nej i dol­nej kra­wę­dzi peł­nią zarówno rolę usztyw­nia­jącą, jak i czy­sto este­tyczną. Uła­twiają także jego sprawne zawieszanie.

Listew winno być dwie (górna i dolna), mimo iż teo­re­tycz­nie wystar­czy jedna. Naj­czę­ściej sto­so­wane zamo­co­wa­nie to jedna dziurka lub zawieszka na gór­nej listwie. Rza­dziej używa się dwóch lub wię­cej dziu­rek, głów­nie w celu wyko­rzy­sta­nia nylo­no­wych żyłek do wie­sza­nia kalen­da­rzy „w powietrzu” .

Ważne jest aby kolor listew i typ zamo­co­wań wyni­kał z decy­zji gra­fika i wcho­dził w skład pro­jektu, gdyż listwy są inte­gralną czę­ścią kalen­da­rza i w natu­ralny spo­sób dopeł­niają design cało­ści. Tym­cza­sem nagminną prak­tyką jest zama­wia­nie w dru­karni naj­tań­szych listew meta­lo­wych z dziurką, bez kon­fron­ta­cji z pro­jek­tem i projektantem.

Należy jed­nak pamię­tać, że listwy w kolo­rach typo­wych (w tym te naj­po­pu­lar­niej­sze srebrne z dziurką), są prze­waż­nie w sta­łej ofer­cie pro­du­cen­tów. Na pozo­stałe czę­sto trzeba cze­kać po kil­ka­na­ście dni. Jeżeli kalen­darz jest zle­cony do druku w okre­sie let­nim pro­blemu nie ma, ale jeśli zle­ce­nie przy­cho­dzi w wigi­lijny wie­czór, szansa na ter­mi­nowe zdo­by­cie nie­ty­po­wych kolo­ry­stycz­nie listew, jest równa szan­sie usły­sze­nia zwie­rząt mówią­cych tej nocy ludz­kim głosem.

Kło­poty z wymiarami

Jasno okre­ślony winien być także wymiar kalen­da­rza. Naj­le­piej jeśli jego sze­ro­kość, podaną w mili­me­trach, zna zarówno pro­jek­tant, dział zle­ca­jący druk, jak i sama drukarnia.

W gorą­cym okre­sie przed­świą­tecz­nym listwy do kalen­da­rzy zama­wia się z dużym wyprze­dze­niem. Trzeba więc pre­cy­zyj­nie znać sze­ro­kość kalen­da­rza, gdyż o ile za dłu­gie listwy można jesz­cze dociąć na miej­scu, to za krót­kie idą na przemiał.

Nie­po­ro­zu­mie­nie w wymia­rach wynika czę­sto z nie­wła­ści­wego rozu­mie­nia for­ma­tów brutto i netto papieru. Sprawę poru­sza­li­śmy już kie­dyś, tu podam jedy­nie naj­prost­szy przykład.

Kalen­da­rza for­matu B1 (700 x 1000 mm) nie da się wydru­ko­wać z papieru B1. Po odli­cze­niu miej­sca na skalę, łapki i spady mak­sy­malna sze­ro­kość kalen­da­rza będzie wyno­sić 676 mm. Dosto­so­waw­szy do niej pro­por­cjo­nal­nie wyso­kość (max 990 mm), uzy­sku­jemy wymiar, na który należy pro­jek­to­wać kalen­darz i zle­cać zakup listew.

Wła­ściwe roz­ry­so­wa­nie i pra­wi­dłowe wymiary są szcze­gól­nie istotne przy pro­jek­to­wa­niu kalen­da­rzy wie­lo­dziel­nych, ale to już temat na następny odcinek…

Z cho­chli­ko­wym pozdrowieniem

Andrzej Gołąb

www.print4all.pl

www.facebook.com/chochlikdrukarski

Ilu­stra­cje: Bro­ni­sław Józefiok

 
 

Powe­red by Face­book Like

Tagi:

dodaj komentarz