Lista poli­gra­ficz­nych życzeń – cd.

Kon­ty­nu­ujemy temat z poprzed­niego odcinka. Lulek, cudowna rybka speł­nia­jąca poli­gra­ficzne życze­nia, wró­cił do swo­ich. Każ­dego dnia wspo­mi­namy jak ocho­czo wysłu­chi­wał naszych uty­ski­wań. Spraw nie­stety wciąż przy­bywa, więc kolejną por­cję życzeń prze­ka­zu­jemy Lul­kowi za pośred­nic­twem Inter­netu. Jest to jedyna sieć, w któ­rej Lulek czuje się, jak ryba w wodzie.

… żeby nie mie­szać sta­rego wina z młodym

Wyda­wać by się mogło, że pdf kom­po­zy­towy, któ­rego zalet nie spo­sób prze­ce­nić, odsu­nął w nie­byt erę roz­bar­wień, ps-ów i prn-ów czy też upiorną koniecz­ność insta­la­cji ppd-ków i dri­ve­rów pod kon­kretne naświetlarki.

Gdzieś w szu­fla­dzie plą­czą mi się jesz­cze złączki do prze­sta­wia­nia dysku ze slejwa na mastera lub odwrot­nie, a w pamięci pozo­stają scenki despe­rac­kiego wkła­da­nia na żywca dysku do kie­szeni kompa, przy włą­czo­nej maszy­nie (bo i wtedy już czas gonił).

Łezka w oku się kręci, ale i dziś popła­kać można, kiedy Klient posyła roz­bar­wioną publi­ka­cję z tłu­ma­cze­niem: Ja się na tym nie znam. Robię tak samo, jak zawsze. Jest dobrze, więc po co to zmieniać…

No nic. Klient sza­cowny i do tego płaci regu­lar­nie bez moni­tów i win­dy­ka­cji, więc trzeba uszy zło­żyć po sobie i włą­czyć recom­bi­ner w oczach.

Na szczę­ście pro­gramy impo­zy­cyjne i ripy nie mają jesz­cze z sepa­ro­wa­nymi pli­kami kło­po­tów, chyba że wśród stadka bia­łych – roz­bar­wio­nych owie­czek, znaj­dzie się choć jedna czarna – kom­po­zy­towa. Wtedy pozo­staje wysma­że­nie pro­to­kołu nie­zgod­no­ści z biblij­nym memento:

nie przy­szy­waj­cie nowej łaty do sta­rego ubra­nia, a tym bar­dziej nie mie­szaj­cie kom­po­zy­tów z roz­bar­wie­niami, bo bukłaki się nam wszyst­kim roze­rwą, a cenne wino roz­leje na stratę…

… żeby z pdfa nie robić choinki

Każdy pro­gram DTP, przy funk­cji eks­portu pracy na pdf-a posiada opcję dołą­cza­nia kom­pletu znacz­ni­ków dru­kar­skich. Jak się wszyst­kie te okienka dla hecy zaptasz­kuje, pdf upstrzony kolo­ro­wymi kwa­dra­ci­kami, paskami, kre­skami i napi­sami wygląda niczym cho­inka bożo­na­ro­dze­niowa. Wielu oso­bom się to podoba. Być może wpro­wa­dza je to w świą­teczny nastrój, a może sądzą po pro­stu, że wia­nek znacz­ni­ków przy­daje war­to­ści i nimbu gene­ro­wa­nemu plikowi.

Prawda jest jed­nak bru­talna: więk­szość tych ozdó­bek jest zbędna i w pro­ce­sie mon­tażu elek­tro­nicz­nego zosta­nie odcięta od pracy i zastą­piona odpo­wied­nio dobra­nymi znacz­ni­kami, uwzględ­nia­ją­cymi kon­kretne potrzeby technologiczne.

Wiedzmy, że praca przy­go­to­wana zgod­nie z zasa­dami wykła­da­nymi mozol­nie we wszyst­kich odcin­kach Cho­chlika, zawiera w sobie potrzebne dru­karni dane, w postaci tre­am­bo­xów, media­bo­xów, crop­bo­xów i pra­wi­dło­wych nazw kolorów.

Oczy­wi­ście zasada powyż­sza doty­czy sytu­acji, kiedy dru­kar­nia dys­po­nuje nowo­cze­snym sys­te­mem mon­tażu elek­tro­nicz­nego. W prze­ciw­nym wypadku trzeba sprawę skon­sul­to­wać u źró­dła lub jak naj­szyb­ciej źró­dło to zmienić. 

… żeby sznyty ryso­wać z rozwagą

Z sobie wia­do­mych przy­czyn część gra­fi­ków igno­ruje zasadę dosto­so­wa­nia formatu strony robo­czej do for­matu pro­jek­to­wa­nej pracy. Żyjemy w wol­nym świe­cie i w sumie nikt nie jest w sta­nie im tego zabro­nić. W kon­se­kwen­cji jed­nak, ska­zują sie­bie i dru­kar­nię na dodat­kowe stresy i zbędną pracę. Taka tech­nika pro­jek­to­wa­nia obli­guje ich bowiem do ręcz­nego dory­so­wy­wa­nia linii cię­cia (szny­tów) i znacz­ni­ków spadów.

Bywa na przy­kład, że otrzy­muję pdf-a w for­ma­cie A4 (bo taki jest prze­waż­nie domyślny for­mat strony robo­czej pro­gramu), na któ­rym znaj­duje się jedna wizy­tówka for­matu 90×50 mm, oko­lona czarną ramką obra­zu­jącą kra­wę­dzie, z rze­czo­nymi szny­tami wysta­ją­cymi z niej, jak kolce z jeża.

Z daleka pach­nie mi to Wor­dem , ale praw­dziwe tango zaczyna się, jeśli wizy­tó­wek jest wię­cej, a gra­fik nabyw­szy zestaw „Mały mon­ta­ży­sta” uło­żył wizy­tówki na stro­nie, chcąc ze swej dobrej, niczym nie przy­mu­szo­nej woli uła­twić pracę drukarni.

Fak­tem jest jed­nak, iż w pew­nych sytu­acjach pro­ściej jest dory­so­wać do pracy odpo­wied­nie znacz­niki (np. linie bigów), niż two­rzyć skom­pli­ko­wane układy stron publi­ka­cji, aby skło­nić pro­gram do auto­ma­tycz­nego ich wyge­ne­ro­wa­nia. Tak sprawa ma się na przy­kład w ulot­kach skła­da­nych w ołta­rzyk, eskę lub zetkę, czy też w okład­kach ze skrzydełkami.

Kiedy więc zmu­szeni jeste­śmy do ręcz­nego ryso­wa­nia znacz­ni­ków dru­kar­skich pamię­tajmy o kilku świę­tych zasa­dach, które na koniec prze­ka­zuję Lul­kowi do pil­nej realizacji:

  • Znacz­niki cię­cia rysu­jemy liniami cią­głymi, a znacz­niki falcu przerywanymi.
  • Wszyst­kie znacz­niki rysu­jemy linią „wło­sową” o dłu­go­ści 3-5 mm w kolo­rze regi­stro­wym (4×100%).
  • Zarówno znacz­niki cię­cia jak i bigi umiesz­czamy poza pracą i poza spa­dem, a ich począt­kowy punkt winien doty­kać zewnętrz­nej kra­wę­dzi spadu. Szcze­gól­nie dbamy o to, aby znacz­niki nie doty­kały kra­wę­dzi cię­cia, czyli kra­wę­dzi wymiaru netto
  • Dla zazna­cze­nia for­matu netto publi­ka­cji nie sto­su­jemy ramek nakła­da­nych na pracę. W wyjąt­ko­wych sytu­acjach, gdzie trudno jest posłu­gi­wać się typo­wymi szny­tami można nary­so­wać ramkę lub inny kształt obcię­cia (np. wykroj­nik) w kolo­rze dodat­ko­wym (pan­ton) z włą­czoną opcją overprintu.
  • Jeżeli wymiar strony robo­czej nie odpo­wiada wymia­rowi pracy, przed eks­por­tem na pdf-a, zazna­czamy samą pracę razem z dory­so­wa­nymi znacz­ni­kami i eks­por­tu­jemy całość z opcją eks­portu zazna­cze­nia, a nie eks­portu całej strony.
  • Doda­wa­nie pasków barw­nych, pase­rów i marek bez wyraź­nego życze­nia ze strony dru­karni jest zbędne.

Lista życzeń, które mogli­by­śmy prze­ka­zy­wać Lul­kowi nie ma końca. Jako ludzie, zawsze możemy coś robić lepiej. Mło­dzi czy sta­rzy, czę­sto tkwimy w przy­zwy­cza­je­niach, które kie­dyś miały swoje uza­sad­nie­nia, ale nim się spo­strze­gli­śmy, świat poga­lo­po­wał do przodu i od dawna macha w naszą stronę z dru­giego brzegu.

Nie tłu­ma­czy nas ani wiek, ani kul­tu­rowe uwa­run­ko­wa­nie, ani to czy do szkoły mie­li­śmy z górki czy pod wiatr.. W każ­dej chwili możemy odkryć, jak ten facet z TED-a, iż spo­sób w jaki dotych­czas wią­za­li­śmy sznu­rówki był błędny i możemy go zmie­nić. Zobacz­cie zresztą sami: http://bit.ly/mTfZbl

Z cho­chli­ko­wym pozdrowieniem

 

Andrzej Gołąb
www.print4all.pl
www.facebook.com/chochlikdrukarski
Ilu­stra­cje: Bro­ni­sław Józefiok
 
 
 

Powe­red by Face­book Like

Tagi: , ,

dodaj komentarz