Ostat­nia deska ratunku

Kiedy plik pro­duk­cyjny prze­do­staje się przez bramę pre­fli­gh­tingu niczym wiel­błąd przez ucho igielne, teo­re­tycz­nie klamka zapada. Etap wery­fi­ka­cji koń­czy się, a zaczyna etap reali­za­cji wyrobu poli­gra­ficz­nego. Pliki wraz ze zle­ce­niem tra­fiają na sta­no­wi­sko impo­zy­cji, a stam­tąd już z górki na halę maszyn. Prak­tycz­nie jed­nak, impo­zy­cja to dla wielu ostat­nia szansa na wykry­cie nie­zgod­no­ści w prze­sła­nym pliku i bez­kosz­tową jego podmianę.

Nie czyń drugiemu…

Wypar­cie mon­tażu ana­lo­go­wego (kli­sze) przez mon­taż elek­tro­niczny (pliki) zde­cy­do­wa­nie uspraw­niło pro­ces przy­go­to­wa­nia form dru­kar­skich, tym nie mniej mię­dzy bajki można wło­żyć wiesz­cze­nie o cał­ko­wi­tym zauto­ma­ty­zo­wa­niu tego procesu.

W przy­padku firm dru­ku­ją­cych jedy­nie nalepki na pudełka od zapa­łek jest to być może realne, gdyż tego typu „wydaw­nic­twa” mają wszystko znor­ma­li­zo­wane: for­mat, obję­tość, treść i tar­get. Jed­nak w zakła­dach poli­gra­ficz­nych takich jak nasz, gdzie ofe­ruje się druk wszyst­kiego na wszyst­kim, mon­taż elek­tro­niczny nie spro­wa­dza się jedy­nie do pod­sta­wie­nia pli­ków pod gotowe sche­maty impo­zy­cyjne, choć czę­sto tak „stoi” w mate­ria­łach rekla­mu­ją­cych pro­gramy do mon­tażu elektronicznego.

Tak więc wszel­kie insy­nu­acje, iż decy­zja poświę­ce­nia impo­zy­cji jed­nego, a może nawet kilku osob­nych odcin­ków jest wyni­kiem cho­chli­ko­wego zauro­cze­nia pra­cu­ją­cymi tam nie­wia­stami, świad­czą o kom­plet­nej nie­zna­jo­mo­ści natury cho­chli­ków drukarskich.

Otóż cho­chliki poja­wiają się wszę­dzie tam, gdzie jeden czło­wiek lek­ce­wa­żąc tzw. złotą zasadę* pró­buje prze­rzu­cić na dru­giego czło­wieka kon­se­kwen­cje swo­jego wła­snego nie­upo­rząd­ko­wa­nia. Na mon­tażu sytu­acje takie wycho­dzą, jak na dłoni. Kilka przy­kła­dów pokaże nam problem.

Na odczepne

Ter­min deadline** to znak i gehenna naszych cza­sów. Z łezką w oku czy­tam sygna­turki ksią­żek z lat słusz­nie minio­nych:  Oddano do skła­da­nia w grud­niu 1966, pod­pi­sano do druku w marcu 1967, druk ukoń­czono w lipcu 1968.  Dziś wszystko jest na wczo­raj, książkę składa się w trzy dni, a dru­kuje i opra­wia w pięć. Po tygo­dniu tra­fia do czy­tel­nika, a po mie­siącu do kosza lub na maku­la­turę (bo mate­ria się roz­le­ciała lub treść zdezaktualizowała).

Bywa, że Klient chcąc for­mal­nie wywią­zać się z usta­lo­nych har­mo­no­gra­mem ter­mi­nów, prze­ka­zuje do druku publi­ka­cję, która nie prze­szła wszyst­kich eta­pów korekt, rewi­zji i super­re­wi­zji. A to pre­zes jest nie­uchwytny, a to korek­torka zapa­dła wraz z cała rodziną na grypę żołąd­kową, a to po cięż­kiej nie­dzieli redak­tor zażą­dał urlopu na żąda­nie, a na drzwiach swego kan­torka kazał wywie­sić infor­ma­cję: zamkniente spo­wodu, że nie­czynne***. Z dru­giej strony dru­kar­nia naci­ska: jeśli pliki nie dojdą w ciągu godziny, wyla­tu­je­cie na koniec kolejki.

Posy­ła­jąc trefne pdf-y na odczepkę liczymy więc, iż uda się dru­kar­nię w ten spo­sób prze­chy­trzyć, a pliki pod­mieni się w tzw. mię­dzy­cza­sie. Jeżeli z umowy nie wynika jasno, iż przez ter­min odda­nia do druku rozu­mie się ter­min dostar­cze­nia osta­tecz­nej wer­sji publi­ka­cji, która nie pod­lega już zmia­nom, cała dodat­kowa robota zostaje spryt­nie sce­do­wana wła­śnie na impozycję.

Powstałe pośli­zgi cza­sowe trzeba nad­ra­biać doci­ska­niem pedału gazu w maszy­nach dru­kar­skich. Bywa, że na sam koniec pozo­staje jedy­nie wsteczny bieg, bo nakład zamiast półki księ­gar­skie, zasi­lił silosy zakładu prze­robu surow­ców wtórnych.

Room proof czyli wir­tu­alny ozalid

Jako klienci porząd­nej dru­karni możemy nato­miast żądać od impo­zy­cji prze­sła­nia do wery­fi­ka­cji pliku elek­tro­nicz­nego, lub wyko­na­nia wydruku impo­zy­cyj­nego w skali 1:1. Wery­fi­ka­cja ta obej­muje dwa obszary: popraw­ność impo­zy­cji i popraw­ność tzw. RIP-owania, czyli prze­two­rze­nia pliku impo­zy­cyj­nego przez sys­tem CTP na język naświe­tlarki. I tu cho­chliki mają znowu pole do popisu.

O ile sto­so­wany daw­niej w tych celach oza­lid wier­nie odda­wał wynik mon­tażu, gdyż powsta­wał z naświe­tlo­nych już klisz, o tyle sto­so­wany w CTP sys­tem pli­ków pod­glą­do­wych czy też wydru­ków impo­zy­cyj­nych nie obra­zuje w spo­sób dosłowny efektu koń­co­wego rastro­wa­nia do postaci tzw. Tiffa-B uży­wa­nego przez naświetlarkę.

Bywa nawet, że nie­które dru­kar­nie uży­waja jed­nego RIP-a do rastro­wa­nia wydru­ków impo­zy­cyj­nych, a innego do naświe­tla­nia. W efek­cie moż­liwe jest powsta­nie na tym eta­pie nie­zgod­no­ści trud­nej do uchwy­ce­nia nawet dla Klienta, gdyż de facto otrzy­muje on do zatwier­dze­nia inny plik niż ten, który powstaje po naświe­tle­niu. Zmi­ni­ma­li­zo­wa­niem tego nie­bez­pie­czeń­stwa jest zasto­so­wa­nie opro­gra­mo­wa­nia typu room proof.

Nie wda­jąc się w szcze­góły, które zresztą gra­fika nie muszą spe­cjal­nie inte­re­so­wać, pod­po­wia­damy: Klient namolny acz zna­jący się na rze­czy ma prawo zapy­tać dru­kar­nię czy takowe opro­gra­mo­wa­nie posiada. Odpo­wiedź nega­tywna zwal­nia go od odpo­wie­dzial­no­ści za prze­pusz­cze­nie błędu na tym etapie.

Jeden czło­wiek i jeden pies

Z room pro­ofem czy bez, miejmy jed­nak świa­do­mość, że wydruki impo­zy­cyjne nie służą do nad­ra­bia­nia zale­gło­ści w korek­tach redak­cyj­nych. Dobrym zwy­cza­jem nato­miast jest two­rze­nie z nich makiety publi­ka­cji, która uła­twia Klien­towi spraw­dze­nie mon­tażu, a dołą­czona do obiegu wewnętrz­nego dru­karni, wspo­maga zarówno pracę dru­ka­rzy jak i intro­li­ga­torni. W nowo­cze­snych sys­te­mach, rolę tę peł­nią ani­ma­cje 3D, gdzie wszystko jest wyło­żone łopa­to­lo­gicz­nie i do tego jesz­cze się rusza. Jed­nym sło­wem full wypas…

Podobno w dru­karni przy­szło­ści będzie zatrud­niony tylko jeden czło­wiek i jeden pies. Pies będzie pil­no­wał dru­karni, a czło­wiek… kar­mił psa. Resztę zro­bią auto­maty. Czy cho­chli­kom zabrak­nie oka­zji do pso­ce­nia – zoba­czymy. Póki co, możemy jesz­cze liczyć na ludzi, bo pozo­stają cią­gle ostat­nią deską ratunku…

*) Złota zasada – „Nie czyń dru­giemu co tobie nie miłe”.
**) Deadline – ter­min ozna­cza­jący cezurę bądź gra­nicę cza­sową, przed jaką dana czyn­ność ma zostać wyko­nana (Wiki­pe­dia).
***) Sen­ten­cja prze­czy­tana na fej­so­wym pro­filu „Born in the PRL

Z cho­chli­ko­wym pozdrowieniem

Andrzej Gołąb
www.print4all.pl
Ilu­stra­cje: Bro­ni­sław Józefiok
 
 

Powe­red by Face­book Like

Tagi: ,

dodaj komentarz